Rozdział 2

Po wejściu na boisko Theodeon poprowadził nas do składziku. A jego przyjaciele ruszyli w przeciwnym kierunku do szatni. Wyposażył nas w strój treningowy i zaprowadził do szatni. Gdy wszyscy się przebraliśmy wyszliśmy na boisko. Mark przygotował już dla wszystkich miotły.
-Teraz przedstawię zasady, bo Ethan nie oglądał Harry Pottera więc nie wie jak ta gra wygląda. Drużyna składa się z siedmiu graczy. Trzech Ścigających, dwóch Pałkarzy, Obrońca i Szukający. Ścigający podają sobie Kafla i starają się przerzucić go przez jedną z trzech obręczy przeciwnej drużyny. Obrońca, broni ich. Pałkarze mają za zadanie odbijać Tłuczka i przeszkadzać przeciwnym graczom oraz pomagać i bronić swoich. Szukającego interesuje tylko Złoty Znicz. Jest mały ale bardzo szybki. Szukający, który złapie Znicz kończy grę. Sam Znicz wart jest aż sto pięćdziesiąt punktów. Wygrywa drużyna, która ma ich najwięcej. Merlin nauczy was latać. Twoja kolej stary. - Klepnął kumpla w ramię i usiadł na skrzyni w której znajdują się piłki.
-Miotła musi was słuchać. Musicie się nauczyć jej obsługi. Dla jednych jest to dziecinnie łatwe, a dla innych piekielnie trudne.
-To miało ich zachęcić do nauki?
-Zamknij się Bon-bon.
-Ile razy ci powtarzać, że mam na imię Bonnie.
-Jasne Bon-bon. - Zaśmiał się. - Uwielbiam jak się złości. - Uśmiechnął się. - Złapcie miotłę oburącz przed sobą. - Powiedział i sam złapał swoją. - Wyczujcie ją. Wczujcie się w jej wnętrze. Przejrzyjcie jej dusze. I zgrajcie się z nią.
-Jak?
-Słuchajcie. Słuchajcie jej. To są miotły treningowe więc jest trudniej.
-A nie powinno być łatwiej? - Spytała Margo.
-Inaczej nikt nie nauczył by się dobrze latać. Gdy już dostaniecie zwykłą miotłę nie będziecie potrzebować medytować i łączyć się z nią by zgrać się z nią i dobrze latać. Będziecie robić to mimowolnie, nieświadomie.
-Jak chodzenie. - Powiedział Ethan.
-Dokładnie. Gdy poczujecie, że wytworzyła się między wami, a waszymi miotłami więź dosiądźcie jej.

Każdy z nas próbował i próbował, ale nic się nie działo. Mijała minuta za minutą. Medytacja i łączenie duchowe z miotłą co brzmi absurdalnie śmiesznie. Gdy coś poczułam dosiadłam jej, ale nic się działo. I od nowa medytacja. Po kolejnej nieudanej próbie poddałam się. Przestałam myśleć i skupiać się na czymkolwiek. I wtedy to poczułam. Jakby duchowa macka przeniknęła moje serce. Otworzyłam oczy i dosiadłam miotły i ... uniosłam się w górę.
-Udało ci się! - Krzyknęła uradowana Margo.
-Jak to zrobiłaś? - Spytał Nathan.
-Zrozumiałaś. Brawo.
-Z tego co mówiłeś nic nie zrozumiałam. Po prostu się wyłączyłam ...
-Przestałaś myśleć, analizować, zastanawiać się. Na tym polega medytacja. Oczyszcza umysł. Wtedy dochodzi do duchowego wiązania. I możesz polecieć.
-Gratulacje Amiro. Jesteś pierwszą osobą, która cokolwiek zrozumiała z jego paplaniny w tak krótkim czasie.
-Dzięki. - Uśmiechnęłam się. A chwilę później dodałam. - Bon-bon. - Wszyscy wybuchli śmiechem.
-Już cię lubię młoda. Piąteczka. - Powiedział Merlin wyciągając w górę dłoń, a ja przybiłam z nim piątkę. Bonnie tylko westchnęła. Chwilę później pozostała trójka również uniosła się w powietrze więc Merlin mógł zacząć uczyć nas jak latać, jak sterować miotłą tak by z niej nie zlecieć. Wbrew temu co mówili jego przyjaciele, dla mnie Merlin był wspaniałym nauczycielem. Półtorej godziny później Merlin stwierdził, że jesteśmy gotowi.
-Nadajesz się na nauczyciela Merlin. Dzieciaki szybko skumały o co chodzi.
-Bo trafiły nam się bystrzaki Mayra.
-Też racja. Lepiej zapisz ich zawczasu do drużyn w każdym sporcie.
-To nie był by głupi pomysł Rise.
-Żartowałam głąbie.
-Hej! Z szacunkiem do Prefekta. Są tu pierwszoroczni.
-Ślepa nie jestem. A ty jeszcze Prefektem nie zostałeś.
-Zostałem.
-To gdzie twoja odznaka Merlin?
-Dyrektorka jeszcze ją ma.
-No właśnie. Więc jeszcze nim nie zostałeś.
-Jesteście na trzecim roku tak? Prefektem można zostać właśnie od trzeciej klasy. To dlaczego Theodeon jest już Prefektem, a ty jeszcze nie? - Spytałam.
-Z tego względu, że Zamek jest ogromny i mnóstwo w nim uczniów potrzeba więcej osób, które będą pilnować porządku na korytarzach, błoniach, we frakcjach i w okolicy. Ogólnie na zamku. Więc w każdej Frakcji jest Prefekt Naczelny i ma pod sobą czwórkę Prefektów. Z każdej Frakcji dyrektorka jednak wybiera jeszcze dwoje kandydatów i poddaje ich próbie. Co jest dla mnie śmieszne. I na koniec sierpnia powie, które osoby dostaną jeszcze rolę Prefekta. Ja jestem pewny, że ją dostanę. Rolą tego Prefekta wybranego na sam koniec jest przede wszystkim opieka nad pierwszakami. Ma ona być waszym Stróżem. Stać zawsze po waszej stronie. Ale gdy trzeba skarcić, a nawet odjąć punkty za złamanie zasad. Ma dawać wam przykład. Po prostu was wspierać. Bo pierwszy rok jest najcięższy. Zerwanie kontaktu ze światem jaki znaliśmy. Zerwanie więzi przyjaźni z przyjaciółmi ze śmiertelnego życia. A w większości przypadków także zerwanie kontaktu z rodzinami, bo są oni na emeryturze i nie mają już wglądu w nasz świat. Brutalne. Ale sprawiedliwe. Sam niedawno to zrozumiałem. Że tak trzeba było. Że trzeba było odciąć się od rodziców, od przyjaciół z dawnego życia. Inaczej nie dałoby się wyuczyć wiele z tego co najbardziej potrzebne nam wojownikom.
-Pomagasz nam i uczysz nas więc moim zdaniem dobrze się spisujesz jako opiekun Frakcji i opiekun pierwszaków. - Powiedziałam z uśmiechem.
-Dzięki młoda.
-Dobra to dzielimy się na drużyny. Wybieram ja i Merlin.
-Jak zawsze. - Mruknęła Rise.
-Bo wiesz dobrze, że ja i on w jednej drużynie to katastrofa.
-Orzeł ja zaczynam. Reszka ty. - Powiedział Merlin wyciągając z kieszeni monetę. Podrzucił ją w górę, a ta po chwili spadła na ziemie. - Orzeł Bon-bon. Zaczynam. Rise.
-Czemu mnie to nie dziwi. - Powiedziała i podeszła do niego.
-Theodeon.
-Mayra.
-Mark.
-Reg.
-Hayley
-Takeda.
-Venus.
-Amira.
-Margo.
-Ethan.
-Nathan.
-Początkujących na pewno nie damy jako obrońcy, ani na szukającego. Więc jedno z was na pałkarza, a drugie na ścigającego. - Powiedział Merlin.
-Ja pójdę na pałkarza. Nie jestem pewna czy poradzę sobie na boisku. - Powiedziała Margo.
-A ja się tym nie przejmuje. I tak ktoś musi im zawadzać na boisku, bo maja dwóch pierwszaków w drużynie. - Uśmiechnęłam się.
-Odważna jesteś. To mi się podoba. Więc co? Zaczynamy grę? - Spytał i wręczył pałki Margo, Ethanowi, Markowi i Takedzie. Mayrze i Teodeonowi podał rękawice i czapki i wysłał ich na obręcze. - I oczywiście jak zawsze Rise i Venus szukające. Uwalniamy tłuczki. - Powiedział otwierając skrzynię i wypinając je z pasów. - Oraz Złoty Znicz. - Powiedział wyciągając go ze schowka w skrzyni. Ten rozłożył skrzydełka i lekko zaczął nimi poruszać.
-Wow. Piękny.
-Owszem. Chcesz go wypuścić? - Powiedział wyciągając do mnie rękę. Niepewnie chwyciłam od niego znicza i przyjrzałam mu się. Następnie uniosłam dłoń w górę i otworzyłam ją, a znicz momentalnie odleciał z dużą prędkością.
-Szybki.
-O tak. Kafla powierzam w twoje ręce. Gdy nasza czwórka będzie już w powietrzu, mocno rzuć go w górę. A potem wasza dwójka się dołączy do meczu. Dobra? Będzie sprawiedliwie. - Wręczył mi Kafla. On i Reg z mojej drużyny to ścigający, wraz ze mną. A Bonnie, Hayley i Nathan to ścigający przeciwnej drużyny. Wszyscy wsiedli na miotły i wzbili się w powietrze. Ustawili w okręgu. A ja wzięłam rozmach i rzuciłam w górę piłkę. Przejął ją Reg. Spojrzeliśmy z Nathanem na siebie i wsiedliśmy na miotły i również unieśliśmy się w powietrze i dołączyliśmy do meczu.

Rozgrywka była zacięta. Nie było żadnych forów. Zagrania jak na prawdziwych meczach. Chłopaki podawali do mnie piłkę ale bardzo często szybko Bonnie lub Hayley przejmowały ją ode mnie. Ale parę razy zrobiłam dobrą akcje tak samo Nathan. Ja dla mojej drużyny wbiłam cztery bramki, a on dwie. Więc wszyscy stwierdzili, że jeszcze będą z nas dobrzy gracze. Ale Margo i Ethan również dobrze spisali się na swojej pozycji. Ale w końcu Rise zakończyła mecz łapiąc znicz.
- Nieźle jak na waszą pierwszą rozgrywkę. Macie potencjał. Szczególnie wasza dwójka. Nie zmarnujcie go i nie chowajcie się. Margo nieważne że popsujesz nam dużo zagrań. Ważne żebyś chciała próbować. Ale wolałaś się wycofać i być pałkarzem. Następnym razem jesteś ścigającą. Bez dyskusji. I zagramy w takich samych składach.
-Dobra Theodeon i tak nikt nie słucha twojego ględzenia. - Zaśmiała się Hayley. - Czas na obiad.
-A po obiedzie najlepsza jest Bitwa Zero. 
-Tak. Ale tam się wszyscy zawsze pchają. Nie ma szans byśmy dostali całą wolną arenę.
-Oj wy mnie nie znacie jak widzę. - Zasmucił się Merlin. - Rozmawiałem z dyrektorką i ustaliłem sobie kilka rezerwacji w imieniu przyszłego Prefekta i obecnego Kapitana Drużyny Delfinów.
-Zostałeś Kapitanem? - Wszyscy się zdziwili.
-Mia skończyła w zeszłym roku szkołę. Zostawiła list u dyrektorki, że na swojego następcę mianuje mnie, ponieważ widzi we mnie wielki potencjał i jest pewna, że ze mną na czele drużyna Delfinów dojdzie tak samo daleko jak z nią albo i jeszcze dalej. 
-Trzecioklasista jeszcze nigdy nie został Kapitanem. Zawsze jakiś uczeń piątego roku dostaję tę role.
-Sam byłem zdziwiony gdy Dyrektorka mi to powiedziała i przekazała list. Stwierdziła, że musi uszanować decyzję poprzedniego Kapitana i potraktować to jak swego rodzaju testament. Hahaha. Miała zadziwiająco dobry humor wtedy. Nie wiem. Ale ja tam się cieszę.

Poszliśmy się przebrać, a następnie tacy zmęczeni i spoceni poszliśmy na Wielką Salę. Stoliki na niej były różne. Okrągłe, jajowate, kwadratowe, prostokątne. Czteroosobowe, sześcioosobowe, ośmioosobowe, dziesięcioosobowe i dwunastoosobowe. Merlin zaproponował byśmy usiedli przy stoliku z innymi pierwszoroczniakami, żebyśmy mogli się lepiej poznać z innymi, a po obiedzie możemy zgarnąć kilka osób i udać się z nim i jego przyjaciółmi na Bitwę w stanie nieważkości.  Mam wrażenie, że Theodeon i Merlin starają się odciągnąć nasze myśli od rodzin i przyjaciół, których musieliśmy porzucić. I zacząć całkiem nowe życie. I udaje im się to. Usiedliśmy przy największym jajowatym stoliku. Stoły były już zastawione potrawami. Po chwili dosiedli się do nas inni pierwszoklasiści.
-Cześć. Można? - Spytała drobna brunetka.
-Hej. Jasne. Siadajcie.
-Dzięki. Jestem Emma. A to są moi przyjaciele Dylan i Niklaus.
-Miło was poznać. Jestem Amira. To jest Margo, jej brat bliźniak Nathan i Ethan. Znaliście się wcześniej? Przed przyjazdem tu?
-Tak. Mieszkaliśmy w jednym mieście. Moi rodzice i rodzice Dylana są na emeryturze od siedemnastu lat, a rodzice Nika od kilku miesięcy.
-Ale i tak wraz z rodzeństwem mieliśmy normalne dzieciństwo. Rodzice nie chcieli byśmy zbyt szybko poznali ten świat. I cieszę się, że tak zrobili. Zastanawia mnie tylko jedno. Czemu jako jedyny z rodziny nie wylądowałem we Frakcji Zielonej. Greta trafiła co prawda do Czerwonych, ale ona zawsze się wyróżniała i nie lubiła iść za tłumem. No i jak na dziewczynę miała duży pociąg do agresji.
-Zdajesz się dużo wiedzieć jak na osobę wycofaną z tego świata. - Zauważyłam.
-Rodzice mi zaczęli tłumaczyć wszystko na tydzień przed przyjazdem. Znaczy to co najważniejsze. Dali mi też książkę o Frakcjach. Każda ma inne wartości. Zielona jest łagodna. Dąży do pokoju poprzez spokój, dyplomacje i łagodne podejście. Nie przepada za przemocą, ale umieją świetnie walczyć jak wszyscy. Daje nadzieje. Czerwona jest bardzo agresywna. Cel, misja ponad wszystko. Jeśli będą musieli porzucą swoich towarzyszy by móc dokończyć misję. Bardzo krwawa frakcja. Żółta nie praktykuje broni palnej. Są do niej nastawieni bardzo anty. Tak samo mieczy czy toporów i włóczni. Stosują jedynie sztylety i chakramy chociaż z niechęcią. Wolą walczyć wręcz. Różowa Frakcja ma podobnie, ale jest sprytniejsza i lubi zakładać wszelkiego rodzaju pułapki. Wtedy nie plamią się krwią, bo nie oni zabijają, tylko pułapki. Fioletowi są najbardziej obeznani w magii i mają do niej prawdziwy talent. Stosują magię i alchemię. Brązowi również mają duży talent magiczny lecz bardziej ograniczony. Zamyka się na żywiołach ziemi i powietrza i pomniejszych zaklęciach, oraz drobnych miksturach. Pomarańczowi są bardziej nowocześni i najczęściej używają broni palnej. Rzadziej dotkną miecza czy włóczni. Znają się na czarach dość dobrze, ale podczas bitwy nie myślą za bardzo by jej użyć. A Niebiescy są unikatowi.
-Unikatowi? To znaczy? - Spytałam.
-Jesteśmy mieszanką wszystkiego. Nie mają ograniczeń do żadnego stopnia. Jesteśmy tacy jakimi stworzyła naszych przodków Amayra Lightion. Wojownicy idealni i nieidealni za razem. Musimy sobie przetrzeć szlak. Niebieskim jest o wiele trudniej odnaleźć się w tym świecie. Bo mamy moc, a jej nie rozumiemy. Są wyjątki oczywiście. Ale to nie zmienia faktu, że możemy wydawać się zagubieni. A tak naprawdę bardzo dobrze będziemy wiedzieć co robimy, bo duchy przodków i sama Amayra będą nas prowadzić podczas bitew. Mamy coś czego nie ma żadna inna frakcja. Aniołów Stróżów czuwających nad nami. Anioła i Diabła spoczywających na naszych ramionach. Jeszcze ich nie widzimy, ale któregoś dnia nam się pokażą. A jak się pokażą, to będziemy także w stanie zobaczyć i usłyszeć je u innych. Nasze diabły czy anioły będą mogły się ze sobą normalnie porozumiewać jak my. Zadziwiające. Chociaż trudno mi uwierzyć by było to prawdziwe. Pożyjemy zobaczymy. - Powiedział Niklaus.
-W starych powieściach wspominających o zamierzchłych czasach wyczytałem, że Amayra była najpotężniejszą czarownicą swojego rodu, a nawet swojego gatunku. Porzuciła swoją ojczyznę, swój świat właśnie dla naszych przodków. Poprowadziła ich przez pierwsze stulecia. Nauczyła ich magii. Tworzyć mikstury. Walczyć. Oni tę wiedzę posiedli i zaczęli przekazywać dalej. Grupa dwustu wojowników podzieliła się na osiem grup po dwadzieścia pięć osób. Utworzyli osiem szkół w różnych krajach i zaczęli werbować ludzi. Do każdej co roku przyjmowali około tysiąca ludzi. Przez dwadzieścia lat. Później stworzyli Księgę Przysiąg. Wybudowali kolejnych pięć szkół. I kilkadziesiąt lat później zakazali wprowadzać osoby z zewnątrz do Zamków. Tylko dzieci dziedziczący moce Umbra Mundi. Co tysiąc lat odbywa się ceremonia która pozwala na przyjęcie nowych z zewnątrz. Świeża krew zawsze potrzebna. Tak się składa że wypada to za rok. Będziemy świadkami tego wydarzenia. Znajdziemy się w samym centrum tych wydarzeń.
-Chcesz powiedzieć, że to się stanie tu? W tym Zamku? - Spytała Emma.
-Tak. Teraz przyszła kolej na nasz Zamek. Po raz drugi zatoczył się krąg.
-Czyli ta ceremonia to będzie już dwudziesta siódma? - Spytałam.
-Tak.
-Umbra Mundi istnieją od dwudziestu siedmiu tysięcy lat? - Spytała zszokowana Margo.
-Tak. Niemalże od zawsze naszej planety strzegli Strażnicy. Za kilka lat, jak skończymy szkołę będziemy jednymi z nich.
-Mówisz jakbyś się pogodził ze swoim losem. Znaczy jakbyś żył w tym świecie od zawsze. Jesteś taki naturalny w tym o czym mówisz. - Dylan się zaśmiał lekko na moją wypowiedź.
-W moje urodziny rodzice dali mi książki. Wiele przeróżnych starych ksiąg. Powiedzieli, że to są stare podania, należące do ludzi starego świata. Nie były to typowe książki, więc łatwiej było w to uwierzyć, jednak chodziło mi po głowie skąd to wzięli. Nim spytałem powiedzieli, że na wykopalisku znaleźli wielką starą bibliotekę. A, że ja lubię czytać i interesuję się historią tą bardziej pradawną, schowali kilka ksiąg i przywieźli mi zamiast oddać do muzeum. Zacząłem czytać i się zagłębiać w to wszystko. Cztery dni temu powiedzieli mi, że wszystko co wyczytałem z tych ksiąg jest prawdą, a oni nigdy nic z wykopaliska nie zabrali. Że są emerytowanymi wojownikami Umbra Mundi, a ja jestem dziedzicem tej mocy i wkrótce zostanę zaprzysiężony wraz z innymi dzieciakami. Zaczęli mi co nieco opowiadać. Ale większość już sam wiedziałem. Z ksiąg. Przez pierwsze dwa dni nie mogłem uwierzyć, że to co wyczytałem to prawda. A moi rodzice byli kiedyś wojownikami. I, że ja i moje rodzeństwo też nimi będziemy. Że moi rodzice mają przeszło trzysta lat. To dla mnie był szok.
-Służyć kilkaset lat światu, później przejść na emeryturę i zapomnieć najpiękniejsze chwile w naszym życiu? Wszystko ze szkoły. Nasze przygody z niej jak i po niej. Jak można się tego wyrzec? By iść na zasłużony odpoczynek. Musi być inne wyjście. - Powiedziałam.
-I istnieje. - Usłyszałam za sobą. Odwróciłam się by spojrzeć na chłopaka. - Jestem Alan. A to Zoey, Cristal i Randy. - Wskazał dwie dziewczyny i chłopaka stojących obok niego - Możemy się dosiąść?
-Jasne. Siadajcie. Jestem Amira. A to są Margo, Nathan, Ethan, Emma, Dylan i Niklaus. Co masz na myśli mówiąc, że istnieje inne wyjście?
-Myślicie, że Umbra Mundi żyją tylko w tych Zamkach w których nas uczą? Nie pomieściłoby się tu kilkaset tysięcy osób. Do świata śmiertelników nie schodzimy ochoczo by tam zamieszkać. Nie starzejemy się więc często musielibyśmy się przeprowadzać. Mayerno. Szafirowe Miasto. Jest ono domem Umbra Mundi. Wiem to, bo tam mieszkałem. Oni również. Przyjaźnimy się od urodzenia i wiemy wiele na temat świata w którym przyszło nam żyć.
-To czemu nasi rodzice nie wybrali życia w Mayerno tylko emeryturę?
-Na emeryturę wysyła się osoby, które złamały kilka z najświętszych zasad.  Które naraziły się Radzie. Które porzuciły misje, bądź przyjaciół. Którzy zbyt wiele razy nie podołali zadaniu. Którzy zbłądzili i by nie narobili nam kłopotu. Którzy nie nadawali się na wojowników. Jest wiele powodów. Ale również oczywiście sami mogli stwierdzić, że nie chcą już być częścią Umbra Mundi i odejść od nas.
-Czyli już nigdy nie spotkam rodziców?
-Nigdy. Przykro mi Amiro. Nie wiesz z jakiego powodu przeszli na emeryturę i nigdy się nie dowiesz. Archiwa są bardzo mocno strzeżone. A jeśli zechcesz się tam włamać i to sprawdzić. Nawet jeśli cię nie przyłapią, gdy później dowiedzą się co zrobiłaś czeka cię albo emerytura, albo egzekucja. Tak słyszałem. Więc po prostu pogódź się z tym, że już nigdy nie ujrzysz rodziców. Wiesz kto ci ich zastąpi?
-Kto?
-Rodzice twoich przyjaciół z drużyny.
-Kiedy będziemy wybierać drużynę?
-Na koniec pierwszej klasy lub początku drugiej. I to nie my będziemy wybierać sobie drużynę. Czara Wyboru nas dobierze w drużyny. Zna nasze największe słabości. Zna nasze lęki. Zna nasze wady i zalety. Zna nasze mocne strony. Dobierze nas tak by drużyna była silna i wspierała się. Najgorzej zawsze jest w Czerwonych. Oni tam martwią się tylko o siebie i o misje. Porzucą przyjaciół byleby dokończyć misje. Ale za to są najbardziej wyszkoleni. Bałem się, że zostanę wybrany do Czerwonych. Jak rodzice. Ale na szczęście nie.
-Ale będąc w Niebieskich po części jesteś jak Czerwoni. Tak samo jak pozostałe Frakcje. - Powiedziałam.
-Tak. Niebiescy są połączeniem wszystkich Frakcji.
-Jesteśmy tacy jakimi stworzyła nas Amayra. - Powiedzieliśmy razem.
-Niklaus już nam o tym wspominał. - Uśmiechnęłam się. - Czyli nie możemy sobie wybrać z kim chcemy być w drużynie? A jeżeli będziemy z kimś z kim się nie lubimy? Wręcz nienawidzimy?
-Mówi się trudno. Będzie trzeba się zaakceptować. Nie koniecznie polubić, ale zacząć umieć się porozumiewać i współpracować na misjach. Moi rodzice są w czteroosobowej drużynie. I strasznie się nie lubią i nie tolerują z pozostałą dwójką. Ale podczas misji tego nie widać. Chociaż wiadomo dla dobra misji są w stanie poświęcić siebie nawzajem. Niejednokrotnie każdy z nich zginął dla dobra misji.
-Ile trwa taki powrót do życia? - Spytałam.
-Zależy. Trzeba odnaleźć drogę powrotną. Jeśli w przeciągu miesiąca tego nie zrobisz, przepadniesz na zawsze.
-I co się wtedy dzieje z taką osobą? - Spytał Nathan.
-Błąka się między życiem, a śmiercią. To gorsze niż sama śmierć. Niż Piekło. Czujesz głód, a nie możesz go zaspokoić. Czujesz pragnienie, a woda go nie gasi. Czujesz senność, ale nie możesz zasnąć. Oglądasz twoich bliskich z drugiej strony, słyszysz ich, ale nie możesz z nimi porozmawiać. Podobno w tym między świecie grasują Pożeracze Dusz. Trzeba uciekać by cię nie zjadły.
-A czy czasem nie lepiej byłoby dać się zjeść i zakończyć swoje męki? - Spytała Emma.
-Możliwe. Ale mówi się, że jeśli przetrwasz pięćset lat powrócisz. Jako ty, lub jako ktoś inny.
-Wizja naszej przyszłości jest z lekka przerażająca. - Powiedziała Margo. - Można się z tego jakoś wypisać?
-Po stu latach służby. Pod koniec pierwszego roku przed Wyborem drużyn zadeklaruj Dyrektorce, że preferowałabyś służbę stacjonarną, obrona murów Zamku, praca biurowa lub mistrz w szkole. Takie drużyny tworzy się z różnych Frakcji i każda drużyna liczy pięć osób. Dyrektorka sama dobiera drużyny. - Powiedziała Zoey.
-Drużyny wojowników wybiera Czara. Drużyny stacjonarne wybiera Dyrektorka, ponieważ nie ma sensu by robiła to Czara. Stacjonarni nigdy nie idą w bój i nie muszą współpracować. Bynajmniej nie wiadomo mi by kiedykolwiek miała miejsce sytuacji by stacjonarni walczyli. - Powiedziała Cristal.
-A jeżeli mieli by walczyć to w obronie zamku wszyscy Mistrzowie by stanęli ramię w ramię. Stacjonarnych uczy się czegoś co nam wojownikom jest zbędne. - Powiedział Alan.
-Macie jakieś plany na teraz? - Spytałam.
-W sumie to nie. A co proponujesz? - Spytał Dylan.
-Chcecie powalczyć w stanie nieważkości?
-Na Bitwę Zero ciężko się dostać.
-Chyba, że sprawuje się pieczę nad pierwszoklasistami i jest Kapitanem Drużyny.
-Zakumplowaliście się z graczami Bitwy Zero?
-Tak wyszło. - Uśmiechnęłam się.
-Więc z chęcią skorzystamy z zaproszenia. - Powiedziała Zoey. - Zawsze chciałam wziąć w tym udział.
-A w Mayerno nie mogliście? Znaczy tam nie ma żadnych stadionów i sal do gier.
-Są. Ale wejść tam można od szesnastego roku życia. Chodzi o to by ci, którzy tam mieszkają nie byli lepsi w grach od dzieciaków, które urodziły się poza Mayerno. - Powiedziała Cristal. - Wystarczy, że przewyższamy ich wiedzą. Chociaż nie wszyscy jak Charlie i Brand. Trafili do Pomarańczowych. Łatwy cel. Łatwo ich wyprowadzić z równowagi, mają małą wiedzę i niską inteligencję. Ich rodzice mają nadzieje, że nadrobią umiejętnościami bojowymi lub magicznymi, ale ja im tego nie wróżę.

Komentarze